Każdy ma swoją historię

Do napisania tego DŁUGIEGO (nie, nie ma wersji obrazkowej :D) tekstu zainspirował mnie tag z YouTube zatytułowany „Mój zwierzęcy przyjaciel”. W filmach z tej serii mniej lub bardziej znani użytkownicy portalu opowiadają historię swoich zwierzaków. Obejrzałem kilka z nich i muszę przyznać, że jestem pełen podziwu dla tych osób, bo często ratują tyłki swoich milusińskich przed losem , którego nikt nie chciałby doświadczyć. W końcu, co za różnica czyje życie się ratuje? W czym człowiek jest lepszy od psa czy kota? Żyjemy i czujemy tak samo. Tak samo cierpimy i identycznie pragniemy być bezpieczni. Skoro więc uratowałeś kogoś przed złym losem – nieważne czy posiada łapy czy nogi – ciesz się i mów o tym głośno!

Oto krótka historia mojego zwierzyńca. Może niebawem sklecę także film, ale teraz łatwiej będzie mi to ubrać w słowa.

Dawno, dawno temu

…w zamierzchłych czasach, kiedy nie było Facebooka i smartfonów, a ja miałem jakieś 8-9 lat, jak większość dzieciaków, marzyłem o psie. Pech chciał, że mój tata nigdy nie przepadał za zwierzętami w domu (w zasadzie, nie przepadał za nimi w ogóle i tak mu zostało), więc nie było mowy o czworonogu.Mama z kolei nie miała tego problemu, ale wiedziała czym to pachnie. Podarowanie dziecku zwierzaka zwykle oznacza, że niebawem wszelkie obowiązki z nim związne będą musieli przejąć rodzice. Pewnie dlatego wolała nie robić sobie kłopotu, czując pismo nosem. Jako że wspólnie z siostrą wierciliśmy jej dziurę w brzuchu, zgodziła się na chomika, który był chomikiem bardziej mojej siostry niż moim, ale to się wytnie 🙂  Mieszkał w jej pokoju, w ogromnym kartonowym pudle i chyba było mu tak całkiem wygodnie, aż do momentu kiedy po półtora roku niespodziewanie zakończył żywot. Do tej pory zastanawiam się co mogło się stać. Pamiętam, że z gryzoni pojawiła się jeszcze świnka morska, a potem skoczki pustynne, które notorycznie dawały nogę ze swojego wypasionego akwarium. Próbowaliśmy obejść niechęć mojego ojca do zwierząt, dlatego wybieraliśmy takie zwierzaki, które nie pałętały mu się pod nogami. Niestety, żadne z nich nie było tym, które podbiłoby moje dziecięce serce. Zawsze czułem, że chcę mieć psa. Bo przecież psy są super. O wiele lepsze niż koty i w ogóle ŁAAAAAAAAAAAAAAŁ! Po kilkunastu latach bez zwierząt (nie licząc spontanicznego epizodu z rybkami) nadarzyła się okazja by zmienić ten stan rzeczy…

Wyjazd pod psem

W roku 2008 razem z przyjaciółmi wybrałem się do Zakopanego. Założenie było proste: typowo relaksacyjny wypad pod namiot, wizyty w knajpkach z lokalnym jedzeniem, wyprawy w góry, leżenie plackiem – standard. Drugiego dnia, gdy przechodziliśmy Krupówkami, zobaczyliśmy gościa przed którym stał wiklinowy kosz, pełen szczeniaków Beagle. Od razu z kumplem wkręciliśmy się, że kupujemy psy. Ja dla siebie, a on dla siebie. Dostaliśmy nawet 100 złotych rabatu i już w piątkę poszliśmy w miasto. Oczywiście, nie mieliśmy bladego pojęcia co to za rasa. Były śliczne, małe i po prostu nie dało się ich nie głaskać. Dopiero po powrocie z Gubałówki na którą wchodziliśmy tego dnia, dowiedziałem się, że to rasa pochodząca od psów myśliwskich, bardzo aktywna. Jak bardzo – o tym przekonałem się po powrocie z Zakopanego. Zanim jednak nadszedł dzień powrotu do domu, musiałem uprzedzić mamę, że mamy nowego domownika. Znając „zamiłowanie” mojego ojca do zwierząt, obawiałem się, że może wyjść z tego niezły dym. W sumie, nie ma się co dziwić. Jakby na to nie patrzeć, kupiłem psa, który miał mieszkać nie tylko ze mną, ale i z moimi rodzicami, których postawiłem przed faktem dokonanym. Dziś uważam, że był to przejaw skrajnego debilizmu, ale wtedy sądziłem, że spełniam jedno z moich marzeń. Po namowach mamy, ojciec jakoś przełknął gorzką pigułkę, choć wolałem nie ryzykować jego spotkania z psem. Kiedy był w domu, pies siedział w moim pokoju. To z kolei powodowało w nim frustrację ( w psie, rzecz jasna), bo szczęśliwy był tylko będąc w centrum uwagi albo po minimum trzygodzinnym spacerze, kiedy język sięgał mu do ziemi. Przymusowe zamykanie zwierza w moim pokoju objawiało się poszarpanymi notatkami, zgryzionymi ładowarkami i destrukcją wielu innych rzeczy w które Shrek namiętnie wbijał swoje zęby.

Oto Shrek:

Shrek1Shrek2

Minął rok, a ja coraz częściej zastanawiałem się gdzie miałem mózg, skazując psa rasy, która z natury wymaga ogromnej dawki ruchu na życie, bądź co bądź, w izolacji. Absolutnie nie było mowy abym oddał go do schroniska, ale wiedziałem, że życie w czterech ścianach pokoju nie jest dla niego. Zupełnym przypadkiem koleżanka, która bardzo polubiła mojego psiaka dowiedziała się, że Shrek bardzo podoba się mamie jej kolegi, która ma ogromny dom pod Warszawą, z ogrodem i trzema innymi psami. Przegadaliśmy temat i z ciężkim sercem postanowiłem oddać go w dobre ręce, dając możliwość wybiegania się i życia w o wiele lepszych warunkach. Ci, którzy myślą, że przyszło mi to łatwo, grubo się mylą. Nie jest prosto rozstać się z przyjacielem, który towarzyszył człowiekowi ponad rok. Niestety, takie są konsekwencje bezmyślności. Obiecałem sobie, że nigdy więcej nie zrobię takiej głupoty. W końcu nie chodzi tylko o mnie, ale też o inną, żywą istotę. Słowa dotrzymałem.

Poszukiwania ideału

Po przeprowadzce do Krakowa i mieszkaniu tu od ponad dwóch lat stwierdziłem, że jednak fajnie byłoby mieć jakiegoś zwierza. Rybki odpadały z braku opcji głaskania. Świnka morska i pochodne również. Przez myśl przemknęło mi hasło: „koty”. Postanowiłem poszperać w sieci.Szperałem długo. Zastanawiałem się czy to dobry pomysł, choć wiedziałem, że bardzo tego chcę. Mimo wszystko, nie chciałem kierować się impulsem i emocjami, żeby nie popełnić błędów z przeszłości. Kiedy byłem pewien, że podejmuję słuszną i świadomą decyzję, zacząłem przegrzebywać Gumtree. Wiedziałem, że nie chcę kupować rasowego kota. Że ma być to jakaś bieda po przejściach, której dam dom i która będzie to doceniać.

Któregoś dnia poszukiwań znalazłem ogłoszenie, że do oddania jest kocie rodzeństwo. Jakiś przebrzydły dziad (mówiąc kulturalnie) wyrzucił je kiedy były małe na deszcz. Przemoknięte podobno miauczały w niebo głosy, aż znalazł je przypadkowy przechodzień. Nie bardzo mógł je zatrzymać, więc oddał je osobie, która współpracowała z Towarzystwem Ochrony Zwierząt w ramach domu tymczasowego. Okazało się, że kociaki są lekko niepełnosprawne, co było zapewne powodem dla którego zostały wyrzucone. Odpowiedziałem na ogłoszenie, pojechałem we wskazane miejsce i choć planowałem zaadoptować jedno futro, kiedy zobaczyłem tych dwoje w klatce 1,5 na 1,5 metra, wpatrzonych we mnie jak w obraz, byłem pewien, że to właśnie je chcę wziąć do domu.

Pierwsze kilka dni było ciężkich. Paproch spędził je pod i za biurkiem, Szyszka natomiast bunkrowała się w szafie. On – bardziej strachliwy – dłużej kazał czekać na swoje zaufanie. Ona – odważna i z charakterkiem, przez dłuższy czas była niedotykalska. Wszyscy radzili mi abym był cierpliwy. Od tamtej pory minęło 1,5 roku i rzeczywiście, cierpliwość zaprocentowała. Dziś oboje to straszne pieszczochy. Na sam widok wyciągniętej dłoni rozwalają się plackiem na grzbiecie i każą głaskać po brzuchach 🙂 To podobno dość rzadkie zachowanie u kotów, oznacza, że kot czuje się bezpiecznie i w pełni ufa człowiekowi. To dla mnie największa nagroda 🙂

 

Oto zdjęcia moich futer Anno Domini 2016: U góry: PAPROCH, u dołu: SZYSZKA

paproch

szyszka2